„Po drugiej stronie lustra”

13094416_1706149556327199_5688940727162891374_n

fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Jak złamać trzy godziny w maratonie? Na to pytanie jest pewnie tyle odpowiedzi ilu jest biegaczy, którym udało się tę magiczną barierę pokonać. Moja jest mniej więcej taka: trzeba trenować, jeść i odpoczywać – banał prawda? No może trzeba w to jeszcze włożyć odrobinę silnej woli, konsekwencji i cierpliwości. Tak, cierpliwość jest tu kluczowa. Ważne też jest mieć pomysł na ten maraton i na etapie przygotowań powoli go realizować.

W minioną niedzielę udało mi się dokonać tego, co jeszcze w ubiegłym roku było dla mnie nierealne. Ukończyłem swój najlepszy w życiu maraton z czasem 2:57:24. Po drodze nie spotkałem żadnej magicznej „ściany”, nie miałem kryzysów, nie cierpiałem. Przez większą część dystansu czułem się fantastycznie, a ostatnie 10 kilometrów, to najlepszy odcinek tego biegu. Tak, to jest możliwe. W waszych głowach pewnie siedzi zgoła inne wyobrażenie. Pewnie myślicie, że bieg na królewskim dystansie, to niesamowity ból i walka o każdy kolejny krok. W obiegu krążą legendy, że bolą cię nawet włosy na nogach, masz zwidy i halucynacje a do mety dobiegasz jako wrak człowieka i w dodatku dzięki głowie – nie nogom. Myślicie tak, ponieważ duża część osób, które kończy maraton ma takie odczucia. Co więcej, sam takie wyobrażenie miałem do minionej niedzieli. Maraton nie musi być traumatycznym przeżyciem, nie musi kojarzyć się z cierpieniem i jakąś heroiczną tyradą. Maraton poniżej trzech godzin może być nawet przyjemny! Jakim cudem zapytacie? Odpowiedzi nie znajdziecie podczas biegu, bo tu już jest zdecydowanie za późno. Odpowiedzi należy szukać kilka miesięcy przed planowanym startem. Należy wtedy odpowiedzieć na pytanie, czy jesteśmy gotowi podjąć to wyzwanie i zrobić wszystko, aby sam maraton był tylko wisienką na torcie naszego treningu. Jest kilka bardzo ważnych rzeczy, które musimy sobie poukładać, zaplanować i z żelazną konsekwencją wprowadzać je w życie.

TRENING

To kluczowy element w całym procesie łamania „trójki”. Ja biegam od pięciu lat. Przez ten czas nie korzystałem z porad trenerów, nie jeździłem na żadne obozy biegowe a do wszystkiego doszedłem sam. Podczas poprzednich startów używałem szablonowego planu, który nieco modyfikowałem, aby podczas kolejnego maratonu osiągnąć lepszy wynik. Różnie to się kończyło, ale po zeszłorocznej porażce podczas wiosennego startu stwierdziłem, że muszę ten element zmienić.

Od jakiegoś czasu na półce w moim domu leżała książka „Maraton metodą Hansonów”, którą dostałem kiedyś na gwiazdkę od mojej żony. Wziąłem tę książkę wreszcie na warsztat i przeczytałem w niej na samym początku, że jeżeli zrealizuję wszystkie znajdujące się w niej zalecenia – mój maraton poniżej trzech godzin będzie najlepszym maratonem, jaki kiedykolwiek przebiegłem. I co? I wszystko co w tej książce jest napisane sprawdziło się. Polecam każdemu lekturę tej publikacji i czerpanie garściami z zawartej w niej wiedzy. Plan treningowy nie jest łatwy, ale jeśli chcesz, aby sam start należał do rzeczy przyjemnych, to niestety trening musi być ciężki. Ja zacząłem przygotowania do kwietniowego maratonu tuż po Nowym Roku. Biegałem praktycznie codziennie, z trzema mocnymi akcentami w ciągu tygodnia. Na akcenty składały się trening interwałowy, trening początkowo wytrzymałościowy a później tempowy i dłuższy niedzielny bieg w drugim zakresie. To co budziło moje wątpliwości, to fakt, że podczas całego etapu przygotowań nie miałem treningu dłuższego niż 26km. Ale zaufałem autorom i jak widać nie zawiodłem się. Treningi robiłem głównie wieczorami, bo przecież oprócz biegania są inne obowiązki – rodzina, praca, dom. Na szczęście zima w tym roku była dosyć łaskawa, chociaż i tak nie obyło się bez kilku treningów na bieżni w klubie fitness. Nigdy nie byłem fanem siłowni a zwłaszcza biegania po bieżni elektrycznej, dlatego te kilka sesji to były chyba najnudniejsze i najgorsze treningi, jakie podczas całego okresu przygotowawczego musiałem zrobić.

Im dalej w las, tym treningi były cięższe a zmęczenie narastało. W połowie przygotowań musiałem odpuścić jeden tydzień w moim biegowym kalendarzu. Jak jest się ojcem 5 letniego przedszkolaka, trzeba się niestety liczyć z tym, że może Ci on „sprzedać” jakiegoś wirusa. I tak 7 dni leżakowałem i frustrowałem się, że plan niestety nie wypali. Po tej przerwie na pierwszym treningu postanowiłem się nieco przetestować i zobaczyć, co zostało z tego okresu sprzed choroby. Dzięki Bogu zostało całkiem sporo, więc dalej kontynuowałem trening według założonego planu. Ostatnie dwa, a nawet trzy tygodnie, to była prawdziwa walka z samym sobą. Kolejne wyjścia na trening nie cieszyły tak, jak swawolne bieganie cztery czy pięć lat temu. Jednak motywacja była ogromna i nie ustawałem w biegu. Działałem trochę jak automat, zaciskałem zęby i robiłem swoje.

Na dwa tygodnie przed startem, moja żona miała podejrzenie rotawirusa, więc znów panika, że mogę mieć niechcianą przerwę w treningach.  W domu zarządzona została kwarantanna i na szczęście udało mi się dotrwać w zdrowiu do godziny zero. Cały plan treningowy to 18 tygodni ciężkiej pracy, dużego wysiłku, sporej ilości kilometrów, dużego zmęczenia, ale to wszystko zostało mi oddane, gdy od trzydziestego kilometra zacząłem przyspieszać, a momentami biec nawet w tempie jak podczas biegu na 10km.

DIETA

Tu nie będę się bardzo rozpisywał, ale podkreślam, że to jest bardzo ważny element całego przygotowania. Będąc na diecie roślinnej mam łatwiej, ponieważ nie muszę rezygnować ze śmieciowego jedzenia, bo na co dzień go po prostu nie jadam. Nie piję też alkoholu, co jest kolejnym plusem i pozwala mi być zawsze dyspozycyjnym pod kątem treningu. Oczywiście dieta musi być bogata w dobre paliwo w postaci dużej ilości węglowodanów, białka, dobrych tłuszczy i solidnej porcji warzyw. Przez te ostatnie 18 tygodni w kuchni starałem się być jeszcze bardziej restrykcyjnym, niż jestem na co dzień i jak widać było to też częściowym elementem mojego sukcesu. Początkowo zgubiłem też kilka kilogramów na wadze, a wiadomo, że biec z 5kg plecakiem jest zawsze trudniej, niż biec bez niego – więc nawet przez chwilę nie żałowałem, że jest mnie trochę mniej🙂

Tym razem postanowiłem też w ostatnim tygodniu przed startem wprowadzić dietę opartą o samo białko przez pierwsze trzy dni i węglowodanowe szaleństwo przez kolejne – prawdopodobnie dzięki temu nie spotkałem się ze „ścianą”.

STRATEGIA

To również ważny element, jak nie najważniejszy. Nie można biec maratonu na „hurra”. Trzeba przed startem wszystko obmyśleć i zaplanować. Na którym kilometrze przyjąć żel, na którym się nawadniać, na którym można nieco zwolnić, a gdzie zacząć przyspieszać. Na treningach można sprawdzić kilka rzeczy takich jak reakcja na żele, ile trzeba pić i jak często. Oczywiście to wszystko można korygować podczas startu ale warto mieć przygotowany pewien obraz. Warto też zaznajomić się z trasą i wziąć pod uwagę wszelkie podbiegi, zbiegi, jak i odcinki trasy, które mogą być szczególnie „wietrzne”. Ja miałem to szczęście, że znałem całą trasę i wiedziałem, gdzie i co mam robić – zwłaszcza gdzie zwolnić, aby niepotrzebnie tracić moc na walkę z wiatrem, a ten wiał szczególnie podczas niedzielnego maratonu. Dobrze jest też trzymać rękę na pulsie jeśli chodzi o prognozy pogody – niestety te nie nastrajały pozytywnie zwłaszcza, że miało być zimno i miał wiać silny wiatr. O ile zimna nie obawiałem się wcale, tak ten wiatr mnie trochę przerażał. Na szczęście nie było aż tak źle a ja dobrze zrobiłem, że wyciągnąłem z piwnicy swoją starą, bawełniana, ciepłą bluzę z kapturem i założyłem ją na czas między zamknięciem depozytów a startem. Dzięki temu było mi ciepło i nie przemarzłem podczas oczekiwania na strzał startera.

MARATON

Sam bieg rozpoczął się nieco chaotycznie. Bardzo wolne tempo pierwszego kilometra wprowadziło kilka nerwowych szarpnięć ale postanowiłem, że nie będę tym razem za wszelką cenę gonił zająca a postaram się zastosować do zaleceń płynących z książki Hansonów. A piszą oni w niej, że nie ma co zbytnio szarżować w pierwszej połowie, bo i tak wyprzedzimy tych, co na początku wyrwą zbyt szybko do przodu. No i dzięki mojemu opanowaniu biegłem swoje, jednocześnie kontrolując tempo na zegarku. Pierwsze kilometry i jedyny większy podbieg na trasie minęły nie wiadomo kiedy. Od 5 kilometra zaczęły się punkty odżywcze. Oczywiście na pierwszym wziąłem łyk zimnej wody i nieco nawilżyłem sobie kark i twarz. Znów wszystko toczyło się bardzo szybko i nawet nie pamiętam kiedy minąłem swoją uczelnię na Krakowskim Przedmieściu. Na Nowym Świecie wyprzedził mnie Veganowy Pan Banan, który też wystartował z zamiarem połamania trójki –  przybiliśmy piątkę, pozdrowiliśmy się głośnym „siłłła!!!” i biegliśmy dalej, każdy swoim tempem. Ja na lekkim hamulcu on gonił zająca, żeby w Alejach Ujazdowskich go nawet wyprzedzić. Znów nie wiadomo kiedy znalazłem się na Mokotowie, na 10km przyjąłem drugi żel, bo pierwszy zjadłem tuż przed rozgrzewką, napiłem się trzy łyki wody i biegłem dalej. Na kolejnych punktach odżywczych starałem się nieco pić, maksymalnie trzy łyki i zwilżać nieco twarz i kark. Na Ursynowie spodziewałem się tłumu kibiców ale tym razem tych tłumów nie było. Oczywiście nie płakałem z tego powodu ale czegoś mi jednak brakowało. Na ulicy Rosoła dołączyłem do grupy, która też biegła na złamanie „trójki”, ale trzymała się ładnych parę metrów za zającami. Na czele grupy biegł chłopak, który chyba też bywa zającem, bo prowadził bardzo równym tempem i komentował nerwowość i wyrywność pacemakerów biegnących z przodu. Postanowiłem, że zabiorę się z nim i tak przez najbliższe 7 kilometrów biegłem z grupą. Na 20 km kolejny żel i na punkcie odżywczym łyk wody i obowiązkowe zwilżenie twarzy i karku. Nie piłem zbyt dużo, bo miałem wrażenie, że zaczyna odzywać się pęcherz. W ubiegłym roku na 32 kilometrze musiałem wejść do toi toia i mój maraton się wówczas skończył. Chciałem tego uniknąć, więc ograniczyłem nieco picie.  Na połówce zameldowałem się z czasem 1:29:18, wiec miałem ponad 40 sekund zapasu ale wiedziałem też, że maraton dopiero się zaczyna a przede mną najtrudniejszy odcinek – czyli puste pola miedzy Powsinem a Wilanowem i wiejący prosto w twarz wiatr. Momentami było ciężko, ale dzięki grupie jakoś to przetrwałem.

połówkaPołówka🙂

Na 27 kilometrze powoli zaczęły się zabudowania, które trochę chroniły od wiatru i grupa zaczęła się nieco rozciągać. Ja byłem z przodu, ponieważ czułem, że mogę biec odrobinę szybciej, choć cały czas zachowawczo, bo przecież wiadomo, że zabawa zaczyna się po 32 kilometrze. Na 30 km odpaliłem żel z kofeiną  i powoli zacząłem podkręcać tempo. Na trasie spotkałem Julka z naszej ekipy Vege Runners, który ukończył bieg OSHEE10km i przyszedł pokibicować. Przybiliśmy piątkę, wymieniliśmy się uśmiechami i kontynuowałem swoje, czyli delikatnie przyspieszałem. Na 32 km poczułem ulgę, ponieważ minęła trauma z ubiegłorocznego startu. W porównaniu z tamtym biegiem czułem się w tym miejscu fenomenalnie. Za chwilę na rowerze pojawił się kolejny kolega z teamu Łukasz i przez dobre pół kilometra utwierdzał mnie w przekonaniu, że czuję się dobrze, że wyglądam dobrze i żebym dalej robił to, co sobie zaplanowałem. Cholera, jak to niesamowicie motywuje! Dzięki Łukasz! Na 35km zjadłem kolejny żel, tak bardziej dla pewności. Mały sprawdzian formy i wiedziałem, że paliwa mi wystarczy, nie czułem żadnego bólu w mięśniach, więc jak nie teraz, to nigdy! To był ten czas i ten moment – zacząłem konkretnie przyspieszać. 36km w tempie 4:04. Po drodze jeszcze wymiana pozdrowień z kolejnym Vege Runnersem, samym „ojcem założycielem” Pająkiem i z Bartkiem z zespołu SIAKI, który przygrywał na 37 kilometrze. 39 km pokonałem w tempie 3:58. Po drodze wyprzedzam pierwszą grupę, która biegnie z zającem na złamanie trzech godzin, wyprzedzam też Veganowego Pana Banana. Po prawej widzę Stadion i wiem, że nic nie jest w stanie mi tej „trójki” wyrwać.

?????????????????????????????????????????????????????????
Most Świętokrzyski. 40 kilometr.

Wpadam na Most Świętokrzyski, na 40 kilometrze stoi redaktor naczelny magazynu ULTRA Mikołaj i krzyczy „Michał Mirkowski!!!”, to dodaje mi skrzydeł i 41 kilometr zaliczam w rekordowym tempie 3:50. Wyprzedzam kolejnych biegaczy, grupę z drugim zającem na 3:00, który wyrwał na początku trochę za szybko. Robię to książkowo, zgodnie z tym, co pisali panowie Hansonowie. To dodaje mi niesamowitego kopa. Przebiegam w okolicach startu i zamiast koncentrować się na biegu rozglądam się za moją bluzą, którą tu niecałe trzy godziny temu zostawiłem. Bluzy nie ma ale dociera do mnie fakt, że za chwilę spełnię swoje największe biegowe marzenie. Jeszcze tylko podbieg koło stadionu, nie czuję go w ogóle i 42 kilometr kończę tempem 3:59. W tłumie kibiców dostrzegam mojego kolegę Krzysztofa z poprzedniej pracy i krzyczę do niego, on odkrzykuje do mnie. Ostatnie metry dosłownie lecę i z podniesionymi rękoma przekraczam linię mety. Płaczę! Nie mogę tego powstrzymać. Po chwili podbiega do mnie Tomek, kolega z Grójca, który skończył bieg trzy minuty przede mną. Ściska mnie i gratuluje. To niesamowity moment, znów prawie ryczę. Chwilę gadamy ogarnięci tymi pięknymi emocjami i idziemy do szatni. Przebieram się, zakładam buty i wracam do domu, bo czeka na mnie rodzinna impreza – imieniny ojca i okrągłe urodziny mamy. Ten dzień, nie mógł się skończyć lepiej🙂

meta

W tym miejscu chciałbym podziękować kilku osobom – przede wszystkim mojej żonie Magdalenie, za to, że cały czas pozwala mi na tą biegową fanaberię, Grześkowi Jakubisiakowi, Irkowi Wojciechwoskiemu i Mariuszowi Pachockiemu, dzięki którym zaczęło się moje poważniejsze bieganie i startowanie (trochę mi się tęskni za tymi naszymi niedzielnymi biegami „po górkach”). Dziękuję ekipie Vege Runners, która jest najlepszą biegową grupą pod słońcem i dziękuję Tobie drogi czytelniku, że dotrwałeś do tego miejsca!

EAT VEGGIES! RUN STRONG!

 

Podsumowanie sezonu 2015

cropped-11178235_1070870246260864_8366423508272098728_n1.jpg

Rok się skończył, rok się zaczął. Czas mija, więc nie ma na co czekać tylko łapać go w sidła swoich pasji, wyzwań i przygód. Nie ma chyba słabszej rzeczy, niż pozwolenie na to, aby czas uciekał obok nas. Cytując pewien hip-hopowy zespół – „tworzymy historię, inni muszą na nią czekać”. Właśnie! Twórzmy swoją historię.

Ostatni rok może nie należał do najbardziej intensywnych, co nie znaczy, że nie był rokiem udanym. Wręcz przeciwnie. Na każdym z dystansów, na których się ścigałem ustanowiłem nowe rekordy życiowe, ominęły mnie kontuzje – no może poza letnim incydentem. Jednak ta dysfunkcja nie była ani objawem, ani wynikiem przetrenowania i nie miała żadnego związku z bieganiem. Ale dzięki niej zrobiłem sobie badania, których normalnie bym nie zrobił, dowiedziałem się czegoś o sobie i z jeszcze większą starannością podchodzę do własnego ciała. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Po kolei. Początek roku to oczywiście plany startowe i konkretny trening. W zimę solidnie pracowałem, więc i pierwszy wynik podczas Półmaratonu Warszawskiego pozwalał z optymizmem patrzeć w przyszłość. 1:24:41 to czas lepszy o prawie 4 minuty od tego osiągniętego rok temu. Nie powiem, rozbudziłem swój apetyt i z planowanych 3:05 w maratonie – nastawiłem się na łamanie 3 godzin na królewskim dystansie. Czy była to zła decyzja – nie! Co prawda w maratonie udało mi się dobiec do mety z czasem 3:09:06 – więc próba nieudana, ale kolejna nauka wyciągnięta. Gdybym nie spróbował nie wiedziałbym teraz, że łamanie „trójki”, to nie tylko kwestia odpowiedniej realizacji planu treningowego i po prostu startu. Ważną rzeczą jest również odpowiednie psychiczne przygotowanie a także wcześniejsze opracowanie planu i strategii w dniu startu. O ile plan treningowy realizowałem bardzo skrupulatnie, o tyle zabrakło tych dwóch elementów – przygotowania psychicznego i strategii samego biegu. Nastawiłem się, że muszę to zrobić i byłem dosyć spięty od samego początku popełniając kilka błędów, które przy wcześniejszym przemyśleniu nie pojawiłyby się. Otóż ustawiłem się w strefie na wynik 3:00 a zające, którzy biegli na złamanie „trójki” byli we wcześniejszej strefie. Po tym, jak się zorientowałem, że będę musiał ich gonić trochę spanikowałem i pierwsze dwa kilometry biegłem zdecydowanie za szybko przeciskając się między biegaczami, którzy po 32 kilometrze wyprzedzali mnie. Mogłem odpuścić, biec w założonym tempie, nawet nieco wolniejszym od docelowego ale nie, spanikowałem i za to zapłaciłem. Jednak, gdy na 39 kilometrze uświadomiłem sobie, że mogę jeszcze pobić jesienną życiówkę – resztkami sił zawalczyłem o to. Główny cel nie został zrealizowany, ale nowy rekord życiowy w połączeniu z wyciągnięta nauką i tak uważam za spory sukces.

W czerwcu przyszedł czas, aby sprawdzić się na krótszym dystansie. 5km w Biegu Ursynowa, to był mój debiut, więc co bym nie robił i tak to był bieg na „życiówkę”J Po maratonie zrobiłem sobie kilka dni przerwy ale dosyć szybko wróciłem do treningów – oczywiście mniejszych objętościowo, za to mocniejszych jeśli chodzi o szybkość. Pogoda sprzyjała bieganiu interwałów na stadionie, więc przez 3 majowe tygodnie ten element był stałym punktem programu. Na starcie w Biegu Ursynowa panowała iście letnia pogoda z wysoką temperaturą, pełnym słońcem i straszną duchotą. Wiadomo było, że to nie dzień na rekordy ale 19:08, to całkiem dobry wynik, jak na debiut. Nie wiem co jest gorsze, czy bieg w maratonie we w miarę swobodnym tempie, czy te 5 kilometrów na ciągłym wdechu – i to i to boliJ

Cały czerwiec i połowa lipca, to czas relaksu i odpoczynku od treningów. Nie od biegania, bo to oczywiście było, ale takiego biegania na luzie, bez planu treningowego, bez spiny, bez reguł. Na wakacjach postanowiłem zrealizować jedno z moich marzeń, czyli przebiec cały Półwysep Helski. Super bieg i fajowa przygoda. Praktycznie całą trasę mam do dziś w głowie, ale najbardziej pamiętam minę faceta, który w Helu proponował mi 400 metrową podwózkę meleksem na plażę. Gdy usłyszał ode mnie, że właśnie przybiegłem z Władysławowa i że chyba dam radę jeszcze te kilka metrów zastygł niczym beton w okolicznych bunkrach.

Praktycznie z końcem urlopu miałem zacząć realizować kolejny BPS do Maratonu Warszawskiego – jednak dziwne zawroty głowy pokrzyżowały nieco te plany. Kilka wizyt u różnych specjalistów, trochę nerwów i diagnoza – problemy z błędnikiem. Na szczęście to nic poważnego, po wizycie u laryngologa i niewielkim zabiegu wszystko powoli zaczęło wracać do normy a mi przestało się kręcić w głowie. Niestety prawie miesiąc wyjęty z przygotowań to zbyt dużo aby nadrobić ten czas. Oczywiście dał bym rade przebiec ten maraton, ale wiedziałem, że nie poprawię swojego wiosennego czasu, dlatego zrezygnowałem. Miałem pobiec inny maraton późną jesienią, ale tez się rozmyśliłem. Stwierdziłem, że znów pobiegam trochę szybciej na krótszych dystansach i dzięki temu udało mi się zrobić życiówkę na 10km. 38:05 to oficjalny czas z mojego udziału w Grójeckiej Dysze. 15miejsce open, 3 w kategorii wiekowej, 2 w kategorii mieszkańców Grójca to taka wisienka na torcie minionego sezonu. Co prawda był jeszcze jeden start na 10km w Kozienicach, ale to bardziej bieg towarzyski, niż walka o nową życiówkę – choć do 7km biegłem jak szalony. Później przyszedł czas na roztrenowanie, regenerację i rozpoczęcie kolejnego BPS przed Orlen Marathonem w Warszawie.

Jak widać nie jestem łowcą medali i kolekcjonerem numerów startowych. Cały czas lubię biegać przede wszystkim dla siebie a gdzieś dalej ze względu na życiówki, medale i zamknięte trasy w dużych miastach. Pod tym względem 2016 rok pewnie się nie zmieni. Ja dalej będę tworzył swoją historię a Ty masz wybór – albo będziesz na tę historię czekał albo zrobisz coś swojego – czego Ci oczywiście życzę!

Turbina

Turbina

„Panie, turbinka jak nowa” powiedziałby Mirek typowy handlarz z autokomisu sprzedając Ci jakieś „Passeratti” nie pierwszej świeżości. Wcisnąłby Ci jeszcze kit, że Niemiec płakał, jak mu tę brykę sprzedawał i do dziś dzwoni i wypytuje, jak się auto miewa. Turbinka bardzo ważna rzecz, trzeba o nią dbać, to długo może być jak nowa. Niestety wielu użytkowników samochodów traktuje tę część silnika po prostu brutalnie. Sam nie raz byłem świadkiem, jak kierowcy zjeżdżali z autostrady na stację benzynową i bez żadnego zastanowienia wyłączali silnik. Jadąc dwieście kilometrów z prawie maksymalną prędkością wyłączali silnik swojego turbo diesla tak, jakby przejechali 2 kilometry z garażu pod supermarket. A to nie o to chodzi. Później jest płacz, że takie marne te samochody robią i że same się psują – ale nikt nie zadaje sobie pytania, czy aby sam się do tego nie przyczynia.

Przekładając powyższe na język biegowy wygląda to mniej więcej tak – biegniesz swój najlepszy wyścig na 10km, lecisz pełną prędkością i po przekroczeniu linii mety zatrzymujesz się w miejscu a ktoś sprzedaje ci mocny cios między oczy. Niby wstajesz, niby jesteś w stanie się pozbierać, ale gdy sytuacja powtarza się bardzo często za którymś razem możesz jednak po tym ciosie nie wstać.

Zarówno turbina w samochodzie, jak i twoje wewnętrzne biegowe turbo wymaga schłodzenia. Tak więc po bardzo intensywnym treningu wskazane byłoby się nieco schłodzić zwalniając tempo do bardzo wolnego truchtu. Raz, że będziesz w stanie szybciej się zregenerować, a dwa zmniejszasz ryzyko wystąpienia kontuzji. Tak – kontuzje nie biorą się znikąd, one są konsekwencją braku elementarnej dbałości o Twój organizm.

W ostatnią niedzielę zrobiłem trening z narastającą prędkością i zwolnienie po ostatnich najszybszych czterech kilometrach było jak najbardziej wskazane, choć miałem ochotę po prostu zatrzymać się w miejscu. Jednak dwa kilometry bardzo wolnego biegu oraz kilka ćwiczeń rozciągających sprawiły, że praktycznie nie czułem, że trening był naprawdę wymagający. Dbajcie o swoje „turbiny” i te w samochodach i te w mięśniach🙂

IMAG1730

Łyżka nie istnieje!

Łyżka nie istnieje!

Pamiętacie scenę z Matrixa, jak Neo przyszedł do Wyroczni i spotkał małego dzieciaka, który wyginał łyżkę? Ten dzieciak powiedział jedną z mocniejszych sentencji w tym filmie – „nie staraj się wygiąć łyżki, bo to niemożliwe, ale spróbuj uświadomić sobie prawdę, że łyżka nie istnieje. Wtedy przekonasz się, że to nie łyżka się gnie, tylko Ty”.

Co ma wspólnego ta scena z moim dzisiejszym bieganiem – a no ma bardzo wiele. Wyobraźcie sobie taką sytuację, jest 6:30 w sobotę rano, dzwoni budzik. Większość populacji na tym świecie jeszcze smacznie śpi a ty otwierasz oczy i wstajesz, chociaż z drugiej strony jakaś niewidzialna ręka przyciąga Cię do tego ciepłego łóżka a w głowie trwa totalna wymiana ognia – niczym w 43 pod Staliningradem. Jedna półkula Twojego mózgu wysyła serię ognia i daje jasny komunikat – zostań w domu, połóż się, pośpij jeszcze trochę. Druga natomiast odpowiada, jak z automatu – milcz, idę na trening! Podchodzisz do okna i uświadamiasz sobie, że pogoda jest na tyle parszywa, że nawet zazwyczaj pałętające się po osiedlu bezdomne koty pochowały się gdzieś po kątach, wieje wiatr i co chwila pada deszcz. No i znów w głowie pojawia się kolejna jatka. Jednak wypijasz filiżankę kawy, zakładasz biegowe ciuchy ( dziś akurat były to nowo zakupione rzeczy, więc to też miało znaczenie – chęć ich przetestowania zafundowała finalną salwę kończącą bitwę w głowie) i wychodzisz. Ruszasz przed siebie i biegniesz. Nie straszny Ci wiatr, nie straszne krople deszczu momentami zacinające prosto w Twoją twarz. Biegniesz założonym tempem i czujesz radość, że wyszedłeś i zrobiłeś coś, co jeszcze kilkadziesiąt minut temu stało pod wielkim znakiem zapytania.

Tak więc nie staraj się walczyć z ograniczeniami w Twojej głowie, po prostu uświadom sobie, że one nie istnieją i to nie one się wyginają, tylko Ty! Miłej soboty!

12345423_456875391164764_6437871142028812265_n

Ps. Ciuchy dały radę, ale o tym innym razem, jak pobiegam w nich trochę więcej.

Roztrenowanie

Roztrenowanie

Roztrenowanie. To słowo zawsze kojarzyło mi się dziwnie. Trenujesz, trenujesz, podnosisz swoją kondycję na coraz to wyższy poziom i nagle musisz się „roztrenować”. W poprzednich sezonach bywało tak, że biegałem praktycznie cały rok. W tym jednak pozwoliłem sobie na chwilę rozpusty i przez ostatnie dwa tygodnie nie robiłem zupełnie nic. Zapomniałem o bieganiu ale nie obraziłem się na nie. Trzy tygodnie temu wychodząc na kolejny trening czułem, że mi się strasznie nie chce i nie było by w tym nic dziwnego, bo często tak jest, że nam się nie chce a po 5 minutach biegu cieszymy się jak dzieci, że jednak udało nam się przełamać tego wewnętrznego lenia. Ostatnio jednak nie mogłem odnaleźć tej radości z biegania i tak zafundowałem sobie dwa tygodnie laby. I jak przyjemnie było wyjść wczoraj mając za wroga silnie wiejący wiatr i przebiec te 5 kilometrów. Tak na rozruch, na zbadanie czy wszystkie gnaty i mięśnie pracują jak trzeba. Dziś będzie powtórka z rozrywki, bo dwa tygodnie to niezbyt wiele ale taki okres potrafi narobić sporo biegowego głodu. Tak więc roztrenowanie uważam za w pełni wykorzystane i pomocne. Teraz roztrenowanie postrzegam bardziej jako oczyszczenie a nie świadome obniżenie formy. A nad formą trzeba pracować, mając na uwadze, że okres odpoczynku jest również elementem tej pracy.

 

Grójecka Dycha i mój comeback!

Grójecka Dycha i mój comeback!

 

Trochę mnie tutaj nie było. Nie oznacza to, że dałem sobie spokój z bieganiem a swoje buty zawiesiłem na kołku. Nic z tych rzeczy. Biegałem, biegałem i wybiegałem sobie nową życiówkę w półmaratonie i w maratonie na wiosnę, ale to temat na kolejny wpis. Później też biegałem, aż w lipcu zaczęło kręcić mi się w głowie, bynajmniej nie od biegania. Było trochę poważnie ale wyszedłem z tego obronną ręką. Niestety miesiąc przerwy w treningach spowodował, że odpuściłem sobie udział w jesiennym maratonie. Było kilka osób, które namawiały mnie do startu. Niby mógłbym pobiec ale wyniku z kwietnia nie jestem w stanie ruszyć, więc wolę sobie nadal biegać wokół tego mojego Grójca. Tym bardziej teraz, gdy w sadach dużo jabłek i można się czasem nimi poczęstować. Plan jest taki, aby porządnie przepracować zimę i zmierzyć się z maratonem na wiosnę. No ale nie byłbym sobą, gdybym nie pościągał się na krótszym dystansie.

Po wspomnianej przerwie zacząłem biegać mniej ale intensywniej. Trochę więcej interwałów, przebieżek, podbiegów – trochę z chęci nadrobienia strat a trochę z przełamania monotonii w dłuższych biegach. Wiedziałem, że skoro chcę pobiec w jakimś biegu na „dychę”, to ten rodzaj treningów powinien wyjść mi na dobre. Tak też się stało. Otóż w miniona sobotę stanąłem na starcie Grójeckiej Dychy – lokalnego biegu w moim rodzinnym mieście. Była to już 5 edycja. Start uważam za udany, ponieważ trzy razy gościłem na „pudle” – pierwszy raz jako trzeci w kategorii wiekowej, drugi jako trzeci w kategorii mieszkańców powiatu i trzeci tym razem jako drugi mieszkaniec miasta Grójec. O samym biegu nie będę zbyt wiele pisał bo strategia była prosta – żadnych strategii. Po prostu od startu do mety biegłem jak mogłem najszybciej.

Ostatecznie na mecie zameldowałem się po 38:05 – z jednej strony radość, bo nowa życiówka, z drugiej trochę słabo, że nie przybiegłem o te 6 sekund szybciej. No cóż – 3 października będę miał szansę o te 6 sekund powalczyć, ponieważ biegnę 10km w Kozienicach.

BIEG DLA ASI!

Znów się opuściłem w pisaniu na tym blogu. Ale jakiś czas temu stwierdziłem, że nie będę pisał o błahostkach, czy rzeczach tak naturalnych jak kolejne długie niedzielne wybieganie. No chyba, że podczas tego biegu wydarzy się coś spektakularnego. No ale, że w sumie nic się nie dzieje poza szalonym przypływem endorfin, powrotem do domu z lżejszą głową i bardziej pozytywnym nastawieniem do świata, więc nie będę się co chwila dublował, albo pisał ciągle o tym samym używając trochę innych słów.

Zapytacie więc czemu coś tu jednak piszę? Ano właśnie w ostatnią niedzielę i poniedziałek brałem udział w czymś absolutnie fantastycznym i szalonym jednocześnie. Otóż na profilu facebookowym Darka Strychalskiego pojawiła się informacja, że niebawem startuje on w 9 dniowy bieg ze swoich rodzinnych Łap do Poznania. Podane zostały też miejscowości przez które będzie przebiegał i gdzie będzie się zatrzymywał na noc. Na liście wypatrzyłem Tłuszcz. To tam jakieś 15 lat temu podzieliłem moje serce na pół a prawie 10 lat temu brałem tam ślub. Tam mieszkają moi teściowie, rodzina. Tam też biegam sobie czasami w pobliskim lesie, czy po okolicznych miejscowościach. Tak więc gdy tylko zobaczyłem ten przystanek na mapie biegu Darka od razu zapaliła mi się lampka, że może by nie robić niedzielnego wybiegania a pobiec razem z nim 40km z Tłuszcza do Warszawy. Po krótkiej wymianie wiadomości ze „Zwycięzcą” ustaliłem o której ruszamy a przy okazji wyszło, że Darek szuka noclegu. Teściowie nie mieli nic przeciwko gościnie dla dwóch nieznajomych facetów, mi pozostało tylko załatwić urlop.

I tak w niedzielę postanowiłem ruszyć na przygodę. Najpierw PKS, później ZTM a na koniec PKP. Już sama ta podróż wywoływała taki pozytywny dreszczyk emocji. Wszak tego typu środkami transportu, a już każdym z nich w ciągu jednego dnia nie przemieszczałem się chyba ze 20 lat. Jechałem jak na wycieczkę szkolną, z tą różnicą, że nikt nie wymiotował w autobusie i nikt nie zatrzasnął się w pociągowym WC. Na jedną stację przed Tłuszczem dostałem telefon od Mikołaja, który jest szefem całej logistyki podczas tego biegu, że Darek wybiegł właśnie z Łochowa – czyli jest już całkiem blisko. Wstępnie umówiliśmy się, że wybiegnę po nich około 4km. Ale przy takim tempie w jakim przemieszczał się Darek – mógłbym się nie wyrobić. Na szczęście mój teść, to zacny człowiek i zaproponował mi, że podwiezie mnie autem trochę dalej – od razu się zgodziłem, bo wiedziałem, że Darkowi może się przydać towarzystwo – zwłaszcza, że tego dnia miał już prawie 60km w nogach a łącznie prawie 130. Szybkie zakupy na kolację, zmiana ciuchów i ruszyliśmy. Dokładnie 10km od Tłuszcza stał pojazd techniczny z Mikołajem, który czekał na ciągle biegnącego Darka. Chwile pogadaliśmy i nadbiegł Darek, łyk wody i ruszyliśmy razem dalej. Dobrze, że mój teść podpowiedział mi którędy mamy pobiec, aby uniknąć pędzących samochodów, które omal nie muskały naszych rękawów na pierwszych dwóch wspólnych kilometrach. A Darek? Szedł jak burza w tempie prawie 5:30 – co na tak długi dystans jest imponujące, ale Mikołaj nakazał mi go trochę okiełznać. No i gdy wbiegaliśmy do Tłuszcza średnie tempo wyszło na poziomie 6m/km i tak dużo, ale już zdecydowanie lepiej.

1503276_599111983552723_6705958511025291443_n10km od Tłuszcza. Ja startuję, Darek idzie pełną parą! fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

W domu czekała na nas ciepła zupa i jabłecznik mojej teściowej, a później sam zabrałem się za przygotowanie biegowego, kulinarnego klasyka, czyli makaronu ze szpinakiem. Dodałem tam jeszcze kilka bajerów, żeby nie było nudno – chłopaki poprosili o dokładkę, więc chyba im smakowało:) Później trochę pogadaliśmy i poszliśmy spać. Co prawda Darka czekał najkrótszy odcinek na trasie ale nikt nie zamierzał go bagatelizować.

10919024_599426066854648_3665597251999036988_n9 rano. Startujemy! fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Rano owsianka i ruszyliśmy punktualnie o godzinie 9 spod stacji PKP w Tłuszczu. Znów teść udzielił mi wskazówek, jak biec aby nie uciekać co chwilę do rowu, żeby przypadkiem nie zostać rozjechanym. I tak trochę polnymi drogami, trochę po lesie ale i trochę ruchliwą trasą Tłuszcz-Wołomin pognaliśmy przed siebie. Pognaliśmy to dobre określenie, bo pierwszy kilometr w tempie 5:15, później już było trochę wolniej ale niewiele. Darek to istny biegowy terminator. Jak tak pędziliśmy miałem w głowie obraz z filmu Terminatora II – tę scenę, jak Arnold wpada pod jakąś prasę, zostaje nią totalnie zwalcowany, ale po jakimś czasie wstaje by siać ostateczne spustoszenie. Dokładnie tak jak Darek, który został „przejechany” 140km dystansem, zjadł makaron, trochę się przespał i biegł tempem, którego często nie osiągają przygotowujący się miesiącami maratończycy. Po 13km zatrzymaliśmy się na gorącą herbatę u rodziny Darka i później ruszyliśmy na Warszawę.

15802_599656670164921_4149939194207133170_n14:00. Plac Zamkowy, biegniemy cały czas – noga w nogę! fot. Piotr Dymus

Mikołaj spisał się idealnie w roli przewodnika, bo prowadził nas, jak po sznurku bocznymi drogami a my mogliśmy czerpać radość z biegu a nie uskakiwać przed pędzącymi szaleńcami. W Ząbkach czekała na nas telewizja, bo przecież fame musi się zgadzać:) Później jeszcze spotkanie pod Kolumną Zygmunta z grupą łódzkich emerytów, którzy gdy się dowiedzieli o tym szalonym biegu przestali słuchać przewodnika i celebrowali z nami zakończenie kolejnego etapu. Co prawda to nie był taki oficjalny koniec, bo zrobiliśmy jeszcze rundkę honorową z transparentem do ronda „Miami” aka Rondo Charlesa De Gaulle’a a ja później jeszcze zaserwowałem sobie 5km dokładkę z plecakiem do pracy mojej żony, gdzie czekał na mnie samochód. Trasa minęła nam nie wiadomo kiedy, a Darek zapytany jak mu się biegło – odpowiedział „Myślałem, że dzisiaj gorzej będzie, ale leciało się… bajera!”. Mi też się leciało bajera! Raz, że w szczytnym celu, dwa, że w przesympatycznym towarzystwie a trzy, że ten bieg uświadomił mi, że spokojnie mogę myśleć o startach na dystansach ultra – bo po przebiegnięciu prawie 50km czułem się wyśmienicie.

10923632_599657136831541_7120726462491903047_nRunda honorowa z transparentem. fot. Piotr Dymus

Ale! Ale! Nie napisałem nic o tym, dlaczego Darek biegnie te 500km z Łap akurat do Poznania. Otóż Darek pod koniec ubiegłego roku założył fundację i tym biegiem chce nagłośnić zbiórkę pieniędzy na zabieg przeszczepienia komórek macierzystych swojej podopiecznej Asi Serdyńskiej. Więcej szczegółów znajdziecie tu: http://www.magazynbieganie.pl/darek-zwyciezca-strychalski-rusza-polske/

Wy też macie możliwość wesprzeć ten cel. Brakuje zaledwie 5 tyś, wiec przecież to tak niewiele a może sprawić, że będzie się działo tak wiele! Chciałbym kiedyś pobiec razem z Asią i Darkiem – szczerze w to wierzę a teraz loguję się na swoje konto, żeby zrobić przelew – mam nadzieję, że robicie to samo!

Wspomóż Asię Serdyńską! Przywróć jej moc!

Wszyscy przyjaciele Fundacji, Darka i Asi mogą pomóc uzbierać brakujące 5 tysięcy złotych na zabieg. Przyda się oczywiście każda kwota. Pieniądze wpłacajcie na konto Fundacji Darka Strychalskiego „Zwycięzca” w Banku PKO BP nr 26 1020 1156 0000 7502 0132 7527 z tytułem przelewu: „Dla Asi”.